Artykuł sponsorowany

Dlaczego w noworudzkiej kopalni zagrożenie rodziło się z gazów i wentylacji

Dlaczego w noworudzkiej kopalni zagrożenie rodziło się z gazów i wentylacji

Zejście setki metrów pod ziemię w noworudzkiej kopalni węgla oznaczało wejście w strefę, gdzie o przetrwaniu górników decydowały gazy, sprawność wentylacji oraz stan górotworu. Wyrzuty dwutlenku węgla i skał pojawiały się nagle, błyskawicznie wypełniając wyrobiska trującym gazem i zwałami skalnymi. Historia pola Piast, dawnej kopalni Ruben, doskonale pokazuje, jak specyficzna geologia, układ chodników oraz ówczesna organizacja pracy tworzyły wyjątkowe zagrożenie pod ziemią.

Budowa złoża sprzyjająca gromadzeniu się gazów

Złoża węgla w obniżeniu Nowej Rudy leżą w głębokim zapadlisku śródsudeckim, gdzie potężne uskoki tektoniczne o zrzucie sięgającym nawet tysiąca metrów oddzielają poszczególne formacje geologiczne. Uskok Wielki, będący najważniejszą strukturą w tym rejonie, umożliwiał swobodną migrację dwutlenku węgla z najgłębszych warstw skorupy ziemskiej. Sąsiadujące ze złożami grube warstwy piaskowców działały jak naturalne zbiorniki gazu, który węgiel chętnie absorbował całą swoją płaszczyzną kontaktu. Źródłem tego niewidzialnego zagrożenia była najprawdopodobniej dawna działalność wulkaniczna z okresu trzeciorzędu. W pokładach takich jak Franciszek czy Roman stężenie szkodliwego gazu rosło drastycznie wraz ze schodzeniem na coraz niższe poziomy, szczególnie w miejscach silnych zaburzeń tektonicznych. Metan występował tam zdecydowanie rzadziej, dlatego to właśnie potężne wyrzuty dwutlenku węgla decydowały o niespotykanej skali niebezpieczeństwa podczas codziennego wydobycia.

Nagłe uwolnienie skumulowanego ciśnienia następowało w najmniej oczekiwanym momencie, zazwyczaj tuż po przeprowadzonym odstrzale. Ciśnienie mierzone w tak zwanych przedwiertach, przekraczające wartość 172 kilopaskali przy standardowej normie wynoszącej zaledwie 30, bardzo wyraźnie sygnalizowało bezpośrednie ryzyko eksplozji. Ogromny wyrzut z końca października 1969 roku uwolnił do wyrobisk ponad 800 tysięcy metrów sześciennych duszącego gazu, a także wyrzucił tysiące ton rozdrobnionego węgla i twardych skał. Ta potężna, śmiercionośna masa błyskawicznie wypełniła kilkaset metrów podziemnego przekopu, doprowadzając ostatecznie do całkowitego zatrzymania głównego wentylatora zlokalizowanego na szybie Drogosław.

Ograniczona wentylacja i procedury reakcji na awarie

Ciasne chodniki, niezwykle trudny transport urobku na powierzchnię oraz początkowo bardzo niedostateczna wentylacja drastycznie zwiększały podatność kopalni na kolejne katastrofy górnicze. Pod koniec dziewiętnastego wieku przestarzałe wentylatory parowe wymieniono wprawdzie na nowoczesne urządzenia elektryczne, jednak na najgłębszych poziomach wydobywczych strumień świeżego powietrza i tak bywał niewystarczający. Wąskie i kręte wyrobiska znacząco utrudniały błyskawiczną ewakuację przerażonych górników oraz spowalniały rozcieńczanie nagromadzonego, gęstego gazu. Główna dyspozytornia zakładu koordynowała bieżący monitoring stężeń, utrzymywała stałą łączność przewodową z oddziałami na dole oraz odpowiadała za bezzwłoczne uruchamianie alarmów ratunkowych. Po każdej większej tragedii wprowadzano do regulaminu coraz surowsze przepisy bezpieczeństwa pracy. Przed każdym planowanym odstrzałem cała pracująca zmiana musiała bezwzględnie opuścić zagrożony rejon, podczas gdy wykwalifikowani wiertnicy rygorystycznie i wielokrotnie kontrolowali rosnące nadciśnienie w drążonych otworach.

Historię tych ekstremalnie trudnych warunków wydobywczych, heroicznej pracy górników oraz specyficznych metod zabezpieczania wyrobisk można poznać współcześnie, odwiedzając muzeum górnictwa w Nowej Rudzie. Instytucja ta pozwala na bezpośredni kontakt z mroczną, ale fascynującą przeszłością regionu. Zarządzająca dawnym kompleksem Kopalnia Węgla Barbara Korbas udostępnia turystom między innymi autentyczną sztolnię Lech, zachowaną dyspozytornię oraz przejazd oryginalną, podziemną kolejką górniczą. Spacer zabytkowymi wyrobiskami z przewodnikiem doskonale uświadamia zwiedzającym, z jak potężnymi siłami natury oraz ograniczeniami ówczesnej techniki musieli każdego dnia mierzyć się zjeżdżający pod ziemię ludzie.

Ugruntowana opinia o skrajnej niebezpieczności noworudzkiego zakładu wydobywczego wynikała ze skomplikowanego splotu specyficznej geologii, kapryśnych gazów oraz bardzo wymagającej organizacji podziemnej pracy, a nie z jednego zdarzenia. Pomiędzy początkiem dwudziestego wieku a końcem drugiej wojny światowej zanotowano tam prawie sześćset bardzo niebezpiecznych wyrzutów o łącznej masie przekraczającej sto dziesięć tysięcy ton rozkruszonych skał. Najbardziej dramatyczny incydent z wiosny 1941 roku pochłonął życie niemal dwustu pracujących na dole górników. Stopniowa ewolucja procedur ochronnych, wdrażanie lepszych urządzeń oraz nowoczesny monitoring systematycznie ograniczały katastrofalne skutki kolejnych awarii, lecz nigdy całkowicie nie wyeliminowały potężnego ryzyka wpisanego od milionów lat w trudną naturę dolnośląskiego złoża węglowego.